wtorek, 7 lutego 2012

Sivsagar, czyli witamy w Assamie!!

pech chciał ze mój minibus z "Nagalandu do Assamu" popsuł się po drodze. zastanawiało mnie zdziwienie kierowcy, który coś tam próbował reperować. niskie zawieszenie tego auta na tej dziurze z fragmentami drogi zrobiło swoje. zapakowaliśmy się z reszta pasażerów do przejeżdżającej ciężarówki, nie pytajcie mnie jak w kabinie zmieściło się 9 osób plus bagaże.. 
wjeżdżając do Assamu nagła zmiana krajobrazu, robi się soczyście zielono i wszędzie pola herbaciane, na lekko pofalowanej powierzchni (inaczej niż jak widziałem kiedyś w Darjeeling czy Munarze, gdzie herbata rosła na wzgórzach) zmienił się tez wygląd ludzi na typowo hinduski, a stroje kobiet z "europejskich" w sari..
kierowca ciężarówki wysadził mnie na drodze przecinającej bezkres pól herbacianych coś mi tłumaczył w hindi i pokazał żeby iść przed siebie, to poszedłem :) spacer upłynął szybko na podziwianiu widoków, doszedłem do jakiegoś miasteczka skąd złapałem autobus, wszyscy tu są niezwykle mili i troskliwi.. 
po kilku godzinach dojechałem do Sivsagaru i znalazłem metę kolo dworca. po Nagalandzie, gdzie życie zamierało wraz z nadejściem zmroku bylem zachwycony łażeniem wieczorem po mieście, tak trafiłem przez przypadek do świątyni Shivadoul do której przyciągnęła mnie grana tam muzyka. okazało się ze trafiłem na festival. od razu ktoś mnie zaprowadził za kulisy, gdzie przygotowywali się tancerze/aktorzy do odegrania dramy. tu muszę wspomnieć ze Assam jest znany z tego rodzaju "przedstawień" połączenie tańca, śpiewu, granej na żywo muzyki, recytacji, pantomimy. wszystkie role odgywaja mężczyźni. odtwarzaja historie ze świętych ksiąg..
jako jedyny biały mogłem wchodzić gdzie chciałem, najlepsze miejsce było kolo akustyków, od razu ktoś mi krzesło przyniósł :)

przygotowania za kulisami:



 i na scenie:

czlowiek-labedz ;)



niedziela, 5 lutego 2012

“dziki” Nagaland


Do Nagalandu nie planowałem pierwotnie jechać. W Meghalaji spotkaalem się ze znajomymi, chciałem dalej jechać na wyspę Majuli, kolega rzucił hasło Nagaland, ze i tak mam po drodze, miałem czas, wiec pomyślałem, czemu nie..
Poczatkowo podróżowałem ze znajomymi później sam.
Dotarliśmy pociągiem do Dimapuru późnym wieczorem, ściśnięci jak sardynki w puszce. Od razu na stacji pani wojskowa nas wychwyciła z tłumu, rejestracja. Bardzo mili, dostaliśmy eskortę do hotelu. Urwaliśmy się naszemu ochroniarzowi. Później zapytaliśmy innych żołnierzy z karabinami gdzie jest hotel doprowadzili  nas pod same drzwi. Czeski film, ciężko się dogadać po angielsku z kimkolwiek..
Jednak bardzo mili ludzie, biali budzą juz tutaj sensacje.
Na targach można zobaczyć psy w workach i larwy jakieś. Potem w menu w jakiejś knajpie widziałem mięso z psa…

psy w workach, sprzedawane na targu. piszczaly

i w menu...

a to zolte to larwy
zycie na torach

W drodze do Kohimy autobus zatrzymany na checkpoincie, znow musieliśmy się zarejestrować. Nagaland jeszcze niedawno był dostępny dla obcokrajowców jedynie ze specjalnym pozwoleniem (niestabilna sytuacja, plemiona, sąsiedztwo Birmy), zmieniło się to od ubiegłego roku.
W kohimie okazało się ze prze następne 2dni będzie trwal strajk generalny (wszystko zamknięte, łącznie ze sklepami i restauracjami, transport stoi)  jednak na obrzeżach sklepy niektóre otwarte. Zatrzymaliśmy się pod jakas chatka na chwilke, od razu pani przyniosła tace ze szklankami z woda i zonk!! Ja nie wypije, ale  z drugiej strony nie chce sprawić przykrości milej kobiecie, wytłumaczyć nie da rady, zaradziły szybkie raczki Lukasza, które mnie później ratowały od wody nie raz : )

czaj sie gotuje

nieufnosc

to moglo by byc gdziekolwiek w Indiach

Kohima

Do Mokokchungu około 7godzin w autobusie. Zatrzymujemy się w rzadowym Circuit house, na wzgorzu.
W niedziele znów zamknete wszystko i transport nie działa.
Aha, w Nagalandzie tez obowiązuje prohibicja, ale znalezienie alkoholu to kwestia 5minut, za pierwszym razem na ulicy zapytałem kogoś gdzie mogę kupić alk, pani mnie zapytała “ale dlaczego chcesz pic alkohol?”. Nigdzie w Indiach nie widziałem tylu pijanych typów.


Potem pozbywamy się Oli ;)  i jedziemy do Tuensangu. Tu już wogole biali nie docieraja, w calym 2011r było tu 8obcokrajowcow! Wszyscy bardzo mili, od razu nas zgarniaja na komende, dla nas jest to od razu informacja turystyczna, po zapisamiu prowadza nas do hotelu, gdzie pijany 15etni kucharz mowi żebyśmy sobie ugotowali sami, ok., jajka sadzone z ziemniakami i salatka z pomidorow, witaj polsko! Meline tez znajduje w minute i już mi mila pani w jakiejs uliczce flaszeczke rumu do kolacji przygotowuje..
Wystarczy pójść na przedmieścia i jest czad, domy kryte sloma, swinie i psy biegające po okolicy, naprawdę wszystko w zasięgu kilku kroków od miasta, choc z każdym krokiem dalej ludzie bardziej nieśmiali, choć ciągle gościnni.

Poszedłem z Lukaszem do wioski Kuthur, 10km dalej. Najpierw zostaliśmy zaproszeni do pomieszczenia, herbatka i poznaliśmy wodza, który powiedział ze ma 150 lat, bez zastanowienia wypaliłem: “nie masz tyle” Lukasz na szczescie powstrzymal moje dalsze wgłębianie się w jego wiek tłumacząc mi ze często oni  nie maja pojecia o “czasie“, albo “czas” zawital u nich niedawno.. Oprowadzeni zostaliśmy przez jednego kolesia miłego, stare domy itp.. ale jakby nie chciano żebyśmy chodzili tam sami..


Innego dnia poszliśmy do Tuensang village i tam poznaliśmy kolesia który był naszym przewodnikiem, było bardzo milo, byliśmy na budowie domu jego brata, wszyscy niezwykle mili, potem w jego domu, wcześniej  w tradycyjnych chatach, gdzie ludzie nadal. żyją. Ale koleś zniknął na chwile i wrócił totalnie najebany. Czeski film, my w jego domu, wszyscy szczęśliwi ze tam jesteśmy, tzn same kobiety i dzieci, wpatrzeni w nas, koleś nawalony chce nam dac prezent, ok., dostajemy kilogram fasoli, nie mogliśmy odmówić J potem nas zawiózł do hotelu autem, uderzył w bramę i wjechał w zły podjazd…

dumny ze swego miesa ;)

Jeszcze z Krysia i Łukaszem pojechaliśmy do Mokokchungu, następnego dnia  już sam udałem się w długa, 8 godzinna podroż polnymi drogami przez dżungle do Mon, gdzie w okolicznych wioskach wciąż żyją plemiona dawnych łowców głów Konyak z wytatuowanymi twarzami.
W samym Mon już, pare osob z mojego dzipa próbowało mi organizowac nocleg, skończyłem w drogim hotelu. W miedzyczasie niedziela, wiec wszystko znow zamkniete, oprocz kościoła.

Po paru dniach pojechałem do wioski Lungwa, na granicy Indii z Birma,
chata wodza leży na samej lini granicznej, gdyz stwierdzil on ze jego ludzie zyja po obu stronach granicy i nie chce nikogo faworyzowac.
Znalazł się nawet maly guest house, który lata świetności miał już daaawno za soba, a kobieta która tym się zajumuje była akurat w polu jak tam dotarłem, wiec zostawiłem plecak u jakiegos typa i poszedłem poszwedac się po okolicy. Trafilem do chaty Angha (wodza) urzędował w wielkiej chacie tradycyjnej, sciany z plecionki, dach z jakiejs slomy, podloga klepisko. W jednym z pomieszczen siedzieli mężczyźni zajeci paleniem opium, zachęcali mnie do fotografowania, przygotown i palenia. Potem herbata, parzona w bambusie w samym ognisku. Pogadaliśmy o tatuażach, oni mi pokazali swoje, ja im moje. Mowili mi o procesie gojenia. Teraz już się nie praktykuje tego, ale przed nadejściem chrześcijan (którzy nawróciwszy Indian, zabronili tatuowania) mlodzi mężczyźni ozdabiali swoje twarze tatuażami, jak mi powiedziano, jeśli mężczyzna nie był w ten sposób ozdobiony nie był traktowany poważnie. Jeśli chcecie zobaczyc tych ludzi, to ostatni dzwonek..

przygotowywanie opium

wodz pali


tradycyjne domy

Pozniej chodziłem po wiosce miedzy domami i nie powiem żebym był traktowany przyjaznie, ludzie zachowywali się jakos dziwnie, jakby byli przestraszeni. dzieciaki za mną biegały, niektóre rzucały kamieniami...
Wieczorem w chacie zastępcy wodza ryz z jakimis liscmi, potem whiskey z mężczyznami..
Nagaland to dziwne miejsce,  jakze inni sa tu ludzie od uśmiechniętych od ucha do ucha na mój widok ludzi Khasi czy Assamczykow. Nieufni. Zamknieci jakby w innym swiecie..

piątek, 20 stycznia 2012

magiczna Meghalaya

Meghalaya, to zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów mojej podroży.
bylem tam w styczniu.
Żyją tu super-przyjaźni ludzie Khasi, uśmiechnięci, gościnni i pomocni, jedni z najwspanialszych jakich spotkałem.

pranie w rzece, kolo cherrapunjee

ostrosc uciekla.
mila pani ktora poznalem na targu, opowiadala mi o historii okolicy

jazda z brzytwa

Żałuje ze nie zostałem tam dłużej, ale styczeń był tam chłodny, a ja raczej nie przygotowany na zimno ; )
miałem w planach tam wrócić jeszcze podczas tej podroży, z rożnych przyczyn się to nie udało, na pewno następnym razem i to na dłużej...

"zywe mosty" uformowane z korzeni drzew przez miejscowa ludnosc, niesamowity widok, jak z wladcy pierscieni!











piątek, 6 stycznia 2012

znow w Indiach


W kierunku Indii
Wstalem wczesnie rano złapałem taxe na dworzec, a tam prawie mnie rozdarli miedzy dwoma autobusami do Bhairawy. Wsiadłem do tańszego o 5rupii : )  podroz miala trwac 8godzin (wdg pomocnika kierowcy) trwala 9,5godziny pewnie dlatego ze zaraz po skompletowaniu autobusu i wypelnieniu dachu wszelkimi workami z warzywami, które u nas jada ciężarówkami pojechaliśmy zmienic kolo.. Podroz upłynęła mi na śnie. Na siedzeniu kolo mnie może 17letnia dziewczyna spala z glowa na moim ramieniu.  Potem ww dziewczyna pokierowala mnie jak mam jechac na granice i zegnaj wyluzowany Nepalu!! Witajnie nieokiełznane i zawsze zaskakujace Indie!! Formalności i od razu jakis koles mnie przejal. Powiedziałem mu ze chce do ubikacji zaprowadzil mnie do jakiejs ciemnej ulicy i przybytku w którym poczułem Indie nozdrzami : ) Koles chciał oczywiście mnie naciac na kase żebym jechal taxi do Gorakhpuru (skad miałem pociag dalej)  ściemniał ze autobus jedzie 4godziny i nie zdaze naa pociag, jechal 2godz i 20minut.

welcome to India :)



Gorakhpur, czyli za co kocham Indie ; )
Wysiadlem z autobusu kolo stacji kolejowej przed 21, miałem jeszcze ponad 2h do nocnego pociągu do Varanasi. Miasto tętniło zyciem. Wszelkie pojazdy przesuwaly się w kazda strone. Muzyka piszczala wysokimi tonami z nieznanego kierunku. Ludzie bladzili jakby bez celu. Rikszarze na swoich zdezelowanych rowerach w obszarpanych strzepach ubran pluli betelem. Ostre zapachy dochodzily do moich nozdrzy ze wszystkich stron. Z jednej smażone wprost na ulicy potrawy. Z drugiej ostry zapach amoniaku z rynsztoku do którego wypróżniali się mężczyźni.
Podczas moich wcześniejszych podrozy do Indii spędziłem w tym kraju ponad 5miesiecy, myślałem ze nie dam się zaskoczyc. A jednak, po spokojnym Nepalu Gorakhpur to istne jego przeciwieństwo!! Indie w pigułce! Wszedłem na stracje a tam dosłownie wszedzie spali ludzie, trzeba było uważać żeby nie zdeptac kogos..  Załadowałem się do sleepera, na gorne kojo, nastawiłem budzik i spac. Pociag był spóźniony tylko ok. 3godziny..

Varanasi
Uczepil się mnie facio maly ze mi pomoze znaleźć hotel, ok.. ale wiecej było łażenia niż czegokolwiek innego wiec go spławiłem, tak mi się przynajmniej wydawalo. Odnalazłem guest house w którym nocowalem kiedys, a który bardzo dobrze wspominałem, Swastik ; ) i jak dobilem targu z właścicielem pokazal się facecik co mnie prowadzil wczesniej ( liczyl na prowizje ze niby on mnie tam przyprowadzil, tak to dziala w Indiach) pogoniłem go, az przestal utykac ; ) hotelik miesci się zaraz u wejścia do labiryntu uliczek i niee musialem bladzic, a mam slaba orientacje i tendencje do gubienia się..
Wieczorem byłem umowiony z Mariuszem którego poznałem na forum travelbit.pl. Wiadomo jak się dwoch polakow spotka na drugim koncu swiata to trza to uczcic. Wspomniałem ze widziallem kiedys program o Aghori Baba czyli kolesiach którzy jedza niedopalone zwloki gdzies kolo Varanasi. Wpadliśmy na pomysl ze ich poszukamy. Dopiliśmy rum i w droge ; ) łaziliśmy wśród stosow z palącymi się cialami, których w nocy jest o wiele wiecej. Zapach grilla. Zupełnie inny klimat niż w dzien. Próbowaliśmy zasięgnąć info od kolesi obsługujących stosy, dostawaliśmy jakies sprzeczne info. Poszliśmy wzdłuż Ghatowi, ale po czasie uznaliśmy to za bezcelowe i zawróciliśmy. Miejsca w dzien wypelnione ludzmi teraz swiecily zupelna pustka, niezły kontrast. Poszlismy spac, ktos nam wczesniej powiedział żebyśmy o 6 przyszli. Po 5 już szwedalismy się po okolicy ghatu kremacyjnego. Nieestety7 poszukiwania spełzły na niczym. Potem jak już sam szedłem rozmawiałem z jakims mezczyzna który mowil ze Aghori Baba ciezko teraz spotkac, ze jest to prawie niemożliwe, bo niewielu ich zostalo, jeśli wogule jacys.. Ciekawie było zobaczyc Manikarnika Ghat w nocy.. Z Mariuszem spędziłem kilka dni, po czym on pojechal w swoja strone (pozdrówka Kolego : ))

kilka fotek z nad Gangesu:
Good Baba

facet lepi placki nad rzeka, czyli niepotrzebna stolnica..

masażyści odpoczywaja

A ja musialem zrobic to czego nie lubie, zakupy, tyle czasu to pochlania, te targi.. Miałem kupic jakies szmaty, nie udalo się, wydawaly mi się za drogie. Kupilem rzezby z marmuru, których nie miałem w planie.. Jak zwykle… potem chciałem wyczaic gdzie jest poczta i jak wysłać paczke itp.. Wypytywałem ludzi, znalazłem poczte, ale się okazalo ze paczke mogę wysłać tylko z głównego oddzialu. Jakis chlopek dziwny powiedział ze mnie zaprowadzi, węszyłem w tym podstep, ze podliczy mnie potem niezle, jak tu maja w zwyczaju. Szliśmy, potem wzięliśmy riksze. Na poczcie wszystkiego się dowiedział, potem wsadzil mnie w riksze, wytargowal cene i popatrzyl na mnie caly czerwony. Pomyślałem “oho, teraz się zacznie” a ten zmieszany zapytal czy mogę mu dac 10rupii (68groszy) na riksze bo stad ma do domu daleko. Jak mu dawalem te 10rupii dziękując za pomoc, ten jeszcze przepraszal ze nie powinien nic ode mnie brac. I to było w Varanasi!! Nastepnego dnia spakowałem pudlo i na poczcie byłem 16.10, kolo w okienku powiedział mi ze do 16 czynne, ale inny powiedział żebym poszedł szybko zszyc naprzeciw. Tak zszyc. Naprzeciw poczty urzęduje w pokoiku facio co paczke zawija w plotno które zaszywa, a na szwach stawia pieczecie, tak jak u nas dawniej się stawialo na listach, żeby nikt postronny nie czytal. Wróciłem na poczte, z ktorej zamknieciem czekali na mnie, dzieki mojemu nowemu koledze, który był tam kims waznym chyba. Mily koles, wszystko załatwił za mnie, dostalem kwit, zapłaciłem, podziękowałem i pożegnałem się...

poniedziałek, 2 stycznia 2012

jeszcze Nepal


Pokhara
Po trekingu spędziłem 10 dni w Pokharze. Trafilem dobra miejscowke, hotel się nazywal Tranqility. Dom otoczony zadbanym ogrodem. zawsze usmiechnieta pani zarządzała.
Pewnego dnia poszedłem sobie połazić nad jeziorko od strony polnocnej, usiadłem i gapilem się w wode dookoła prawie zadnych ludzi.. Chwile pozniej zjawila się kolo mnie jakas para, po książce zauważyłem ze Polacy. Zacząłem rozmowe, Wojtek i Iwona chcieli isc popływać na lodce, ale powiedziialem im o bhang lassi, na które się razem udaliśmy. Bhang lassi to jogurt, szejk z dodatkiem rosnącej na pobliskich wzgorzach marihuany. Wieczor był ciekawy ; )
Kilka dni po mnie zjawili się Krysia i Lukasz, których zostawiłem w Manangu, wraz z Philem i Ilham, małżeństwem irlandzko- marokańskim, którzy od razu zdobyli moja sympatie. Swietni ludzie. Dni nam upływały na lenistwie. Jako ze Lukasz i Ilham mieli urodziny w odstępie 2dni trzeba było to uczcic. Krysia i Phil odwalili kawal dobrej roboty, przygotowując wszystko. Było ciasto z dedykacja, rum z kola.. A ja przyniosłem bhang lassi full Power, które było na deser ;; ) po czym poszliśmy do restauracji w ktorej się dzialooo : ) dni leciały,  nie moglem wyjechac z Pokhary, w koncu się zebralem i ruszyłem sam…

Kathmandu
W Katmandu poszedłem do ambasady Indii, miałem na uszach słuchawki, Bad Relligion wesolo mi przygrywalo. Minalem uzbrojonych gliniarzy w kaskach i z tarczami, ale nikt mnie nie zatrzymywal, totez nie zwróciłem na nic uwagi. Nagle zobaczylem za soba tlum biegnący z cegłówkami, przylgnąłem do muru. Obrzucili samochod. Okazalo się potem ze zabito jakiegos polityka i jego zwolennicy protestowali, tzw strajk, co tutaj jest czeste, wtedy wszystko musi być zamkniete, samochody nie mogą jeździć. Nniewazne ze masz w dupie polityke itp., każdy musi brac udzial w strajku bo inaczej otwarty sklep zostanie zdemolowany, auto rozwalone itp. Po Thamelu biegaly grupki strajkujących, nieliczne otwarte sklepy w poplochu zamykaly na szybko rolety, zabawne to było..


Któregoś dnia blakalem się po Durbar sqare, jakis przewodnik mi powiedział ze jak chce zobaczyc Kumari to zaraz wyjdzie. Kumari to zywa bogini. Dziewczynka która nie miala jeszcze okresu i u ktorej nie stwierdzono zadnego innego krwawienia. Zyje w palacu jako bogini do pierwszego krwawienia, potem jest zamieniana na inna. Wszedłem na dziedziniec nieduzy. Pelen golebi i z garstka ludzi wpatrzonych w puste okno. Jakis facet mowil ze teraz można robic zdiecia. Po kilku minutach krzyczal spanikowany żeby schowac aparaty bo zaraz wyjdzie. Obsral mnie golab. W oknie ukazala się przebrana może 9 letnia dziewczynka pokiwala się z 20sekund i się schowala… no coz, widziałem bogini..

pare zdjęć z Durbar Sqare, Kathmandu





Przenioislem się na tzw Freak street, kolo Durbar sqare, ulice na ktorej w latach 60 czy 70 przedawkowalo paru hipisow, sama nazwa mowi wiele, dzis pozostala chyba tylko reputacja. Bardziej kameralnie niż na Thamelu, po kilku dniach znasz ludzi którzy tu mieszkaja, czas plynie duzo szybciej, praktycznie nie spędzałem czasu w pokoju. Duzo taniej tu jest. Poznałem Pawla, Ole i pare innych osob. Na wigilie zrobiliśmy pierogi ruskie, a Krysia ugotowala barszcz ukrainski, pyszne jedzenie, stwierdziłem ze najlepsze jakie jadlem w Nepalu ; ) wigilia w miedzynarodowym towarzystwie u Pawla. Jednak najwięcej było polakow..
W boze narodzenie odwiedziłem Pashupatinath, swiatynie hinduskie i miejsce kremacji. Zgłodniałem i kupilem sobie chipsy które ze smakiem zajadałem….do czasu  az jednooka malpa mi ich nie wyrwala z rak, byłem w szoku, kurde!
Pashupatinath. przygotowywanie do kremacji

Pashupatinath. kremacja zwlok.

Byłem tez w Patanie i Bhaktapurze, szczególnie ten ostatni zrobil na mnie wrazenie. Wjazd jest drogi, ok. 12euro….ale polak potrafi ; ) dostalem bilet od Tomka i Ani (dzieki wielkie!!) ktorych poznalem pod ambasada Indii, wazny jeszcze jeden dzien, pojechałem z Olą najpierw wszedłem ja potem ona, kupa kasy zaoszczedzona, ale jednak fajnie by było tutaj przyjechac na dłużej, nastepnym razem..

Swayambunath, pare fotek:



Sylwester upłynął na koncercie Naya Faya, punk, ska, reggae, zajebiscie,  czulem się jak w Liberte w czeskim Cieszynie, albo jak na pierwszych punkowych koncertach na których byłem w latach 90tych w Biłgoraju. O 00.30 już byłem w pokoju po imprezie.

No i tak oto pobilem rekord z Pokhary, bo w Kathmandu spędziłem ponad 2tygodnie.
Pisze to wlasnie przed dzien mojego wyjazdu do Indii… Smutno, szczególnie jak się  zegnalem  z Philem i Ilham. W podróżowaniu chyba to jest najgorsze, poznajesz swietnych ludzi których możesz już nigdy nie zobaczyc, mam nadzieje ze w tym przypadku będzie inaczej. Z pozostałymi się spotkam w Indiach. Był to naprawde fajny czas i super ludzie…
czas na Indie…



niedziela, 18 grudnia 2011

po dlugiej nieobecnosci...


Po dlugiej nieobecnosci przydalo by się cos konkretnego. achh, Nepal jest piekny!!
Siedze w pokoju ogladajac wiadomosci na CNN... ale nie o tym mialo byc
W koncu wyrobilem pozwolenie na wejscie do parku w okolicy masywu Annapurny (2000 nrs) i TIMS (20$, drugie pozwolenie, cos jakby legitymacja) i moglem uderzac w gory.
Postaram ssie opisac dzien po dniu w miare mojej pogmatwanej pamieci i szczatkowych notatek…
0.Kathmandu – Besisahar (760mnp)
Zostawilem zbedne rzeczy w przechowalni hotelowej i z leciutkim plecakiem zlapalem taxe na dworzec, wystarczylo wyjsc z Thamelu i ceny taryfy spadaja. od razu zostalem pokierowany do kasy (bilet 350 nrs) autobus już stal, a w nim na oko 50 letni anglik, ruszyliśmy, anglik zadowolony ze nie ma tłumów, przestrzeglem żeby się nie cieszyl na zapas i zanim wyjechaliusmy z samego miasta autobus był już zapchany po brzegi, ludzmi, ich bagazami, workami z jakimis warzywami. Angol nie mogl w to uwierzyc : )
Autobus jechal serpentynami, najgorszy był poczatek drogi, najbardziej stromo, na poboczu straszyl wrak przewróconej ciężarówki. Za to widoki niemal od razu się odsłoniły w oddali ośnieżone szczyty Himalajow, które towarzyszyly nam przez większość drogi.. Do Besisahar dojechaliśmy po ponad 6godzinach, a mialo być 5.. znalazlem hotel, jem i ide spac.
1.Besisahar- Ghermu (1310mnp)
Pierwszy dzien przechadzki. Choc musze się przyznac ze troche podjechałem autobusem. Zarejestrowałem mój permit na pierwszym check poincie, choc każdy z nich dalo się minac niezauważonym. Pierwszy dzien mijal mi na poceniu się bardziej z ciepla niż wysilku. Było jedno ciezkie podejście, na którym poznałem Krysie i Lukasza z Warszawy, maja w planie podroz dluuga po Azji. Dalej szliśmy razem. Po zdieciu buta okazalo się ze cos mnie zarlo, krew bardzo dlugo ciekla, nie chciala sie zatrzymac, do dzis nie mam pojecia co to bylo..


2. Ghermu- Tal (1700mnp)
Troche już ciezej się szlo, za to widoki co raz lepsze. Te proporcje się sprawdzaja do samego konca treku, im ciezej tym lepsze widoki ; ) trafiamy na osiołki w eskorcie wojskowej targające materialy wybuchowe do budowy drogi. Tal jest pieknie polozony, nad jeziorem, trafiamy do lodgy prowadzonej przez emerytowanego gurke (żołnierza) bardzo mili ludzie. Musze tu wtracic ze najbardziej pozywnym daniem na treku jest dal bhat, czyli ryz z zupka z soczewicy i z warzywnym curry, czasem również z papadem (taki chrupiący placek) i piklami. No i najważniejsze, ze można dostac dokładkę za free ; ) pani przychodzila co chwile to z ryzem, to z soczewica, Lukaszowi nałożyła soliddna dawke, biedak miał nie tega mine. Ja spróbowałem ‘local Beer’ w szklance był przezroczysto- metny parujacy plyn, smakowalo jak bimber z ciepla woda, wymęczyłem jakos szklanke i wesoły poszedłem spac. Zimno.
buduja droge chlopaki


takie roslinki rosna na szlaku. wysuszone, gotowe do palenia :)

3. Tal- Timang (2750mnp)
Osiołki, krowy, wiszace mosty, gory.. Przez blad w mapie przed zmrokiem ledwo docieramy do celu idac bardzo stroma sciezka, zdawalo by się niekonczaca. Wyszlo ze przez ostatnie 2km wspięliśmy się 500m. Zatrzymalismy się w milym miejscu. z nadejściem zmroku robi się cholernie zimno. Widok na Manaslu, mieniace się w swietle zachodzącego słońca. Dopadlo mnie przeziębienie, nawet w puchowym spiworze zimno, na szczescie w lodgach daja koce, albo jakies koldry, mimo to od tego dnia śpie w czapce i polarze.


4. Timang- Bhratang (2850mnp)
Ilez można pisac ze piekne widoki ; ) przechodzimy przez Chame, okazuje się ze ceny maja tu przystępne, wiez zakupiłem rękawiczki polarowe i troche jakis przekasek. Wlasnie nie pisalem o tym wczesniej im dalej/ wyzej tym drożej, tzn jedzenie, które trzeba dostarczyc tutaj na plecach osiołków, noclegi zazwyczaj targujemy za darmo albo 50nrs od glowy, pod warunkiem ze zjemy w tym miejscu obiad i sniadanie. W Bhratangu są dwie lodge, obie skromne, bardzo podstawowe, zatrzymaliśmy się w pierwszej z nami emerytowany angielski żołnierz, Stuart, zabawny koles. Mily wieczor w cieplej jadalni, smaczne jedzenie i chyba najlepszy masala chai jaki kiedykolwiek pilem!! Noc nie należała do najlepszych. Nie było zimno, za to szczury!! Doo sufitu była przybita cerata jakas i po niej biegaly gryzonie, ganialy się i było ich naprawde duzo, z tego co słyszałem.


5. Bhratang- Ghyaru (3670mnp)
Na tym odcinku ą dwa warianty drogi do wyboru  ciezsza i dluzsza upper trial i latwiejsza lower. Wybraliśmy ta pierwsza, mordercze podejście do Ghyaru rekompensowaly cudowne widoki, nie osiągalne z dolnej drogi. Nocleg znaleźliśmy w sporym hotelu, prowadzonym przez mila staruszke, byliśmy jedynymi goscmi.




6. Ghyaru- Manang (3540mnp)
Miałem okno na sciane ośnieżonych szczytow, taki poranek był zapowiedzia dobrego dnia, przynajmniej pierwszej czesci która obfitowala w jedne z najlepszych jak do tej pory, zapierających dech widokow. Potem krajobraz zmienil się w surowy, jakby pustynny z krzakami tylko, każdy krok wzbijal tumany kurzu, slonce dokuczalo. Manang pojawil się jak wybawienie.
7. Manang, dzien na aklimatyzacje
Poszedłem tym razem sam na wzgorze. Lukasz zle się czul, balem się ze mnie tez dopadnie gdzies dalej choroba wysokosciowa, dlatego wlazłem jak najwyżej moglem. Dotarłem do jakiejs opuszczonej wioski na około 4000mnp, widok na cala okolice, Manang gdzies daleko, Gangapurna i jej lodowiec na wyciagniecie reki. Wokół z każdej strony ośnieżone szczyty i nikogo oprocz mnie, miałem gory dla siebie : ) Poznieej się dowiedziałem ze to nie żadna opuszczona wioska, ale cos w rodzaju cmentarza, ludzie przynosza tam prochy zmarłych. A ja niczego nie swiadomy sobie tam siedziałem na tych kamieniach z dwie godziny podziwiając widoki.. Po zejściu poszedłem nad szmaragdowe jezioro utworzone przez topniejacy lodowiec.
jezioro utworzone z topniejacego lodowca Gangapurny


Manang, miasto jak z westernu





8. Manang- Ledar (4200mnp)
Choroba Lukasza nie ustapila, także pożegnałem warszawiakow i poszedłem dalej sam. Jak zwykle pierwsze podejście meczace, dalej się już dobrze szlo.



9. Ledar- Thorung Phedi (4450mnp)
Po drodze w jednej herbaciarni koles mi mowil ze o tej porze roku to kolo 30turystow dziennie idzie, podczas gdy miesiąc wczesniej, w szczycie sezonu jest ich kolo 300 dziennie!
Przed Thorung Phedi niebezpieczne osuwisko z kamieni, a tu jeszcze osiołki idą.. Choroba wysokosciowa nadal mnie nie dopada, choc niektórzy w schronisku wyglądają naprawde zle, narzekkaja na bol glowy. W tym samym miejscu zatrzymal się doktor z Colorado, który pracowal w Manangu, teraz wraz z zona i czworka dzieci (naprawde twarde dzieciaki, nie jeden dorosły narzekal, a te po prostu szly) robil treking, kto chciał podchodzil po porade, a ten cierpliwie pomagal..
10. Thorung Phedi- Thorung La Pass (5416mnp) - Muktinath (3760mnp)
Popatrzcie tylko na te roznice wysokości. Najpierw 1000 metrow w gore, potem ponad 1500 metrow w dol, to była jazda!! Tak jak codzien na treku wstawałem o 6.30, tym razem obudziłem się przed 5, żeby o 6, o wschodzie słońca być gotowym. Zjadlem zamowione poprzedniego dnia sniadanie, wlalem w siebie termos herbaty, drugi przelałem do butelki i w droge. Poczatek był bardzo ciezki, stromy, chyba najciezszy odcinek. Potem było już bardziej plynne podejście. To co się czyta o wchodzeniu na Thorung La, najwyzsza przelecz swiata to prawda, mianowicie, szedłem i patrzyłem o! już jestem ale nie i tak kilka razy dawalem się zwodzic pofalowanemu podlozu. Przez większość drogi zero ludzi, czasem ktos mnie wyprzedzil, czasem ja kogos. W pewnym momencie poczułem ze się zataczam, uspokoiłem oddech, napilem się herbaty, zjadlem kawalek czekolady (dzieki mamo! dotrwala az tutaj : )) szedłem dalej, ale wciąż czulem się jak pijany i nie moglem tego opanowac. Usiadłem na chwile. Balem się ze spadne. Pozniej jedn holender mi powiedział ze musialem za szybko isc w gore i organizm nie był przygotowany do tak szybkiego spadania ilości tlenu w powietrzu.. W koncu poczułem się lepiej, ale dalej „lekko pijany” poszedłem dalej i w koncu przelecz. 5416 mnp!! Cieszylem się jak dziecko, udalo się!! Była 10, Pol godziny na szczycie, pare zdiec, najdrozsza herbata w Nepalu i na dol. Tym razem nie sam, a z poznana Chinka, Elva. Dziewczyna mierzy półtora metra, a ma sile charakteru wieksza niż nie jeden wielki chlop. Droga w dol była dla mnie ciezsza niż w gore, ale im nizej tym „trzeźwiejszy” byłem. W Muktinath zatrzymaliśmy się w hotelu Bob Marley.


udalo sie 5416 mnp, Thorung La


11. Muktinath- Kagbeni (2800mnp)
Rano poszliśmy na wzgorze ze świątyniami, szczeze mówiąc nie zachwycilo. Potem na piechote do Kagbeni. Zatrzymaliśmy się w fajnym, malym i czystym hoteliku. Wieczorem w knajpce hotelowej poznaliśmy hipisow ze Szwajcarii i Hiszpani, pilismy domowej roboty jablkowa brandy, powiedziałem gospodarzowi ze wiecej niż 30% alk to to nie ma, się uśmiał. Szwajcarka mi powiedziala ze u nich się zartuje ze Polacy kradna rowery i o ironio, podczas jej jedynego pobytu w Polsce ukradla rower i trafila do paki : )

pani tka

12. Kagbeni- Marpha (2670mnp)
Po drodze minęliśmy Jomsom, spora wioske, znalazłem tam sklep gdzie kupilem karte sim do telefonu. Musialem dac 2 xera paszportu, dwa podania wypełnić, złożyć odciski palców (!!!) zapłacić równowartość 4,5 zl i stalem się posiadaczem dwóch kart : ) popołudniami dolina Kali Gandaki która szliśmy staje się niesamowicie wietrzna, az się ciezko idzie, pojawily się dzipy i autobusy wzbijające tumany piachu i kurzu, nie jest to mila droga. Dolina ta jest najglebsza na swiecie, bo liczy się od szczytu Annapurny. Ja zostaje w Marphie, słynącej z upraw jabłek, Elva  idzie do nastepnej miejscowości. Postanowiłem dalej pojechac autobusami.
13. Marpha- Tatopani (1190mnp)
Rano autobus do Ghasy, potem drugi do Tatopani. Jechalo się po ubitej ziemi, czasem po strumieniu, trzęsło okropnie, facet miejscowy który siedzial naprzeciw mnie nagle pozielenial i zaczal wymiotowac przez okno, potem jakby nigdy nic wytarl reke o mój plecak, nie widzac problemu zadnego.. Krajobraz z wysokogórskiego i surowego zamienia ssie w gorzysta dzungle, tryskajaaca odcieniami zieleni, robi się tez cieplej. Gorace zrodla nie powalaja, nawet nie miałem ochoty się moczyc w tym. Wyglada to jak cementowy basen, dno.
14. Tatopani- Pokhara (820mnp)
Najpierw dzip do Beni stamtąd autobus do Pokhary, który tak trzasł ze raz przywallilem w sufit glowa nie na zarty. Na miejscu wysiadlem caly brazowy od kurzu, wziąłem taxe razem z para ze Stuttgartu i do Lakeside. W hotelu w którym byłem 3lata temu im się w glowkach poprzewracalo i chcieli 500 nrs, postanowiłem znaleźć cos za 300 nrs (107 nrs= 1 Euro) trafilem do Tranqality, dom z zadbanym ogrodem, czyste pokoje, mili uśmiechnięci ludzie, wytargowałem 300 i w koncu goracy prysznic ; )

Podsumowanko
Po kilku dniach lenistwa w Pokharze pomyślałem ze fajnie by było zrobic jeszcze jakis treking, zdecydowanie była to jedna z najlepszych rzeczy jakie zrobiłem. Robil się już zimno i jednak gory kosztuja, na co nie byłem przygotowany do konca.. Za to mam plan na przyszłość, pewne wnioski wyciągnąłem, wiem co wziasc nastepnym razem ze soba, a czego nie miałem tym razem. Chyba najlepszym strzalem było zabranie tabletek do oczyszczania wody (w Sklepie Podróżnika w Krakowie 35zl za 50tabletek 1tabl/1litr) tam wysoko, woda butelkowana potrafila kosztowac nawet 10razy więcej niż w Kathmandu! Postawiłem na minimalizm, mój plecak warzył nie wiecej niż 6kg, myślałem ze nawet to będzie mi ciążyło, ale po paru dniach nie czulem ciężaru wogole. Ciesze się tez ze zakupiłem w Kathmandu kijki, naprawde super sprawa, ułatwiają wchodzenie, schodzenie (chyba nawet bardziej, bo asekuruja) przechodzenie przez strumienie. Po powrocie zamieniłem je na czapki wełniane : )