poniedziałek, 13 lutego 2012

wesele u Mishing'ow

Monjit, opiekujący się chatkami w których mieszkaliśmy zaproponował żebyśmy pojechali na wesele w jego rodzinie. miała być to impreza plemienia Mishing, zamieszkującego pólnocno-wschodnie Indie, a najwiejksze jego skupisko jest na wyspie Majuli własnie i wokoło niej.
Lukasz nam się rozchorował wiec pojechaliśmy tylko ja i Krysia. było tak jak się spodziewaliśmy, świetnie!! tańczyły tylko starsze panie. góry żarcia w każdym mięso, chyba to ze nie jem mięsa  było wybawieniem dla mnie, bo za smakołyk tutaj uchodzi tłuszcz ze świni, Krysia się nieźle krzywiła :)
wszyscy niezmiernie mili i gościnni tylko ciężko się było dogadać.
lalo się piwo ryżowe, biała bądź ciemna odmiana, niskoprocentowy trunek, na mój gust więcej niż 8% alk toto nie miało i bardziej przypominało wino, ciężko się było by tym sponiewierać, wypiłem tego sporo, bo ciągle ktoś mi dolewał, białe jest dobre, ciemne przypomina tanie wino. tak na lekki humorek, choć widziałem kilku pacjentów niezle wstawionych, w tym kilka starszych kobiet :) para młoda była jakby dodatkiem do calej imprezki, siedzieli przestraszeni cicho, aż mi ich zal było. aha wszystko trwało od rana do południa. wieczorem byla jeszcze podobno konkretna popijawa, ale my już na nią nie wróciliśmy

przygotowywanie zarcia

a tu przygotowywanie piwa ryzowego

jak widac nikt glodny nie poszedl do domu












cos podobnego jak u nas na weselach, targowanie sie, tyle ze tutaj betel

fotografowalem i bylem fotografowany :)

tanczace kobiety, a za nimi pan mlody







mloda para

para mloda

jeszcze tylko poklon i...

..mozna spadac



czwartek, 9 lutego 2012

kierunek wyspa Majuli

z Sivasagaru autobus do Jorhatu, ciezko sie porozumiec z kimkolwiek, wiec rzucilem tylko haslami "ferry Majuli" jakis kolo mnie wsadzil do rikszy cos tlumaczyl kierowcy, a ci sa wszedzie tacy sami, gdzies mnie wysadzil, ja nie mialem przewodnika kssiazkowego, nie wiedzialem gdzie jestem.. zapytalem jednego sklepikarza, patrzyl na mnie jak na ciula. podchwycil to przechodzien, cos mi zaczal tlumaczyc, zrozumialem zeby isc za nim, to poszedlem. ubrany byl w biale dhoti (upiety kawalek maaterialu zastepujacy spodnie) wtedy jeszcze nie wiedzialem ze jest on mnichem z satry Auniati, ktora miescila sie wlasnie na wyspie Majuli!! weszlismy do jakiegos autobusu, goraco dawalo sie we znaki, a byl poczatek lutego, po chlodnym Nagalandzie byl to niezly kontrast!! usiadlem, po chwili jakas rodzina wygonila mnie z miejsca bo sie okazalo ze na ten autobus sa miejscowki, a ja jeszce nie mialem builetu. kilka slow miedzy pasazerami po ichniemu i okolo 40letnia kobieta ustepuje mi miejsca (no bo jakze facet mialby ustaapic miejsca!) czuje sie jak bialy sahib ;) stanowczo odmowilem!! zająłem miejsce na jak sie potem okazalo chyba silniku zaraz kolo kierowcy, bo po ruszeniui prawie spalilo mi tyłek :) potem prom, na maxa zaladowany, modlilem sie zeby nie zatonal. bylem jedynym bialym wszyscy sie gapili, ale czuc bylo serdecznosc i troske, jak dotarlismy na wyspe pytali gdzie chce dojechac itp.


wcisnalem sie w dzipa i totalnie zakurzony dotarlem do Goramuru, znalazlem le Mansion de Ananda (chatki bambusowe) i poszedlem na miasto. wszedlem do jedynej w miasteczku kawiarenki internetowej, a  tam zaskoczeni moim widokiem Lukasz i Krysia ktorzy wlasnie pisali wiadomosc do mnie :)

nastepne dni spedzalismy na jezdzeniu na rowerach po wyspie i relaksie. tu jest RAJ. 
po tygodniu Lukasz i Krysia wyjechali do Kalkuty. podrozowalismy razem, rozdzielalismy sie znoww spotykalismy sie i znow rozdzielalismy i znow spotykalismy az wkoncu rozstalismy sie na dobre. nie, nie chodzi tu o jakies niesnaski miedzy nami, po prostu kazdy mial swoje plany. kupa niezapomnianych chwil..
zamierzalem spedzic na Majuli z tydzien, nie wiedzialem ze zostane ponad miesiac, ze spotkam tylu swietnych ludzi zamieszkujacych ta wyspe i tak piekne miejsca.

taka wlasnie jest ta wyspa, czysty relax



lowienie ryb
 jechalem na rowerze, stanalem bo zobaczylem bardzo zielone pola ryzowe na horyzoncie,  zatrzymal sie tez na rowerze chlopak i powiedzzial zebym za nim szedl, to poszedlem przez bloto..




w nastepnych odcinkach min wesele i dwa festiwale plemienia Mishing, sie dzialalo :) 



wtorek, 7 lutego 2012

Sivsagar, czyli witamy w Assamie!!

pech chciał ze mój minibus z "Nagalandu do Assamu" popsuł się po drodze. zastanawiało mnie zdziwienie kierowcy, który coś tam próbował reperować. niskie zawieszenie tego auta na tej dziurze z fragmentami drogi zrobiło swoje. zapakowaliśmy się z reszta pasażerów do przejeżdżającej ciężarówki, nie pytajcie mnie jak w kabinie zmieściło się 9 osób plus bagaże.. 
wjeżdżając do Assamu nagła zmiana krajobrazu, robi się soczyście zielono i wszędzie pola herbaciane, na lekko pofalowanej powierzchni (inaczej niż jak widziałem kiedyś w Darjeeling czy Munarze, gdzie herbata rosła na wzgórzach) zmienił się tez wygląd ludzi na typowo hinduski, a stroje kobiet z "europejskich" w sari..
kierowca ciężarówki wysadził mnie na drodze przecinającej bezkres pól herbacianych coś mi tłumaczył w hindi i pokazał żeby iść przed siebie, to poszedłem :) spacer upłynął szybko na podziwianiu widoków, doszedłem do jakiegoś miasteczka skąd złapałem autobus, wszyscy tu są niezwykle mili i troskliwi.. 
po kilku godzinach dojechałem do Sivsagaru i znalazłem metę kolo dworca. po Nagalandzie, gdzie życie zamierało wraz z nadejściem zmroku bylem zachwycony łażeniem wieczorem po mieście, tak trafiłem przez przypadek do świątyni Shivadoul do której przyciągnęła mnie grana tam muzyka. okazało się ze trafiłem na festival. od razu ktoś mnie zaprowadził za kulisy, gdzie przygotowywali się tancerze/aktorzy do odegrania dramy. tu muszę wspomnieć ze Assam jest znany z tego rodzaju "przedstawień" połączenie tańca, śpiewu, granej na żywo muzyki, recytacji, pantomimy. wszystkie role odgywaja mężczyźni. odtwarzaja historie ze świętych ksiąg..
jako jedyny biały mogłem wchodzić gdzie chciałem, najlepsze miejsce było kolo akustyków, od razu ktoś mi krzesło przyniósł :)

przygotowania za kulisami:



 i na scenie:

czlowiek-labedz ;)



niedziela, 5 lutego 2012

“dziki” Nagaland


Do Nagalandu nie planowałem pierwotnie jechać. W Meghalaji spotkaalem się ze znajomymi, chciałem dalej jechać na wyspę Majuli, kolega rzucił hasło Nagaland, ze i tak mam po drodze, miałem czas, wiec pomyślałem, czemu nie..
Poczatkowo podróżowałem ze znajomymi później sam.
Dotarliśmy pociągiem do Dimapuru późnym wieczorem, ściśnięci jak sardynki w puszce. Od razu na stacji pani wojskowa nas wychwyciła z tłumu, rejestracja. Bardzo mili, dostaliśmy eskortę do hotelu. Urwaliśmy się naszemu ochroniarzowi. Później zapytaliśmy innych żołnierzy z karabinami gdzie jest hotel doprowadzili  nas pod same drzwi. Czeski film, ciężko się dogadać po angielsku z kimkolwiek..
Jednak bardzo mili ludzie, biali budzą juz tutaj sensacje.
Na targach można zobaczyć psy w workach i larwy jakieś. Potem w menu w jakiejś knajpie widziałem mięso z psa…

psy w workach, sprzedawane na targu. piszczaly

i w menu...

a to zolte to larwy
zycie na torach

W drodze do Kohimy autobus zatrzymany na checkpoincie, znow musieliśmy się zarejestrować. Nagaland jeszcze niedawno był dostępny dla obcokrajowców jedynie ze specjalnym pozwoleniem (niestabilna sytuacja, plemiona, sąsiedztwo Birmy), zmieniło się to od ubiegłego roku.
W kohimie okazało się ze prze następne 2dni będzie trwal strajk generalny (wszystko zamknięte, łącznie ze sklepami i restauracjami, transport stoi)  jednak na obrzeżach sklepy niektóre otwarte. Zatrzymaliśmy się pod jakas chatka na chwilke, od razu pani przyniosła tace ze szklankami z woda i zonk!! Ja nie wypije, ale  z drugiej strony nie chce sprawić przykrości milej kobiecie, wytłumaczyć nie da rady, zaradziły szybkie raczki Lukasza, które mnie później ratowały od wody nie raz : )

czaj sie gotuje

nieufnosc

to moglo by byc gdziekolwiek w Indiach

Kohima

Do Mokokchungu około 7godzin w autobusie. Zatrzymujemy się w rzadowym Circuit house, na wzgorzu.
W niedziele znów zamknete wszystko i transport nie działa.
Aha, w Nagalandzie tez obowiązuje prohibicja, ale znalezienie alkoholu to kwestia 5minut, za pierwszym razem na ulicy zapytałem kogoś gdzie mogę kupić alk, pani mnie zapytała “ale dlaczego chcesz pic alkohol?”. Nigdzie w Indiach nie widziałem tylu pijanych typów.


Potem pozbywamy się Oli ;)  i jedziemy do Tuensangu. Tu już wogole biali nie docieraja, w calym 2011r było tu 8obcokrajowcow! Wszyscy bardzo mili, od razu nas zgarniaja na komende, dla nas jest to od razu informacja turystyczna, po zapisamiu prowadza nas do hotelu, gdzie pijany 15etni kucharz mowi żebyśmy sobie ugotowali sami, ok., jajka sadzone z ziemniakami i salatka z pomidorow, witaj polsko! Meline tez znajduje w minute i już mi mila pani w jakiejs uliczce flaszeczke rumu do kolacji przygotowuje..
Wystarczy pójść na przedmieścia i jest czad, domy kryte sloma, swinie i psy biegające po okolicy, naprawdę wszystko w zasięgu kilku kroków od miasta, choc z każdym krokiem dalej ludzie bardziej nieśmiali, choć ciągle gościnni.

Poszedłem z Lukaszem do wioski Kuthur, 10km dalej. Najpierw zostaliśmy zaproszeni do pomieszczenia, herbatka i poznaliśmy wodza, który powiedział ze ma 150 lat, bez zastanowienia wypaliłem: “nie masz tyle” Lukasz na szczescie powstrzymal moje dalsze wgłębianie się w jego wiek tłumacząc mi ze często oni  nie maja pojecia o “czasie“, albo “czas” zawital u nich niedawno.. Oprowadzeni zostaliśmy przez jednego kolesia miłego, stare domy itp.. ale jakby nie chciano żebyśmy chodzili tam sami..


Innego dnia poszliśmy do Tuensang village i tam poznaliśmy kolesia który był naszym przewodnikiem, było bardzo milo, byliśmy na budowie domu jego brata, wszyscy niezwykle mili, potem w jego domu, wcześniej  w tradycyjnych chatach, gdzie ludzie nadal. żyją. Ale koleś zniknął na chwile i wrócił totalnie najebany. Czeski film, my w jego domu, wszyscy szczęśliwi ze tam jesteśmy, tzn same kobiety i dzieci, wpatrzeni w nas, koleś nawalony chce nam dac prezent, ok., dostajemy kilogram fasoli, nie mogliśmy odmówić J potem nas zawiózł do hotelu autem, uderzył w bramę i wjechał w zły podjazd…

dumny ze swego miesa ;)

Jeszcze z Krysia i Łukaszem pojechaliśmy do Mokokchungu, następnego dnia  już sam udałem się w długa, 8 godzinna podroż polnymi drogami przez dżungle do Mon, gdzie w okolicznych wioskach wciąż żyją plemiona dawnych łowców głów Konyak z wytatuowanymi twarzami.
W samym Mon już, pare osob z mojego dzipa próbowało mi organizowac nocleg, skończyłem w drogim hotelu. W miedzyczasie niedziela, wiec wszystko znow zamkniete, oprocz kościoła.

Po paru dniach pojechałem do wioski Lungwa, na granicy Indii z Birma,
chata wodza leży na samej lini granicznej, gdyz stwierdzil on ze jego ludzie zyja po obu stronach granicy i nie chce nikogo faworyzowac.
Znalazł się nawet maly guest house, który lata świetności miał już daaawno za soba, a kobieta która tym się zajumuje była akurat w polu jak tam dotarłem, wiec zostawiłem plecak u jakiegos typa i poszedłem poszwedac się po okolicy. Trafilem do chaty Angha (wodza) urzędował w wielkiej chacie tradycyjnej, sciany z plecionki, dach z jakiejs slomy, podloga klepisko. W jednym z pomieszczen siedzieli mężczyźni zajeci paleniem opium, zachęcali mnie do fotografowania, przygotown i palenia. Potem herbata, parzona w bambusie w samym ognisku. Pogadaliśmy o tatuażach, oni mi pokazali swoje, ja im moje. Mowili mi o procesie gojenia. Teraz już się nie praktykuje tego, ale przed nadejściem chrześcijan (którzy nawróciwszy Indian, zabronili tatuowania) mlodzi mężczyźni ozdabiali swoje twarze tatuażami, jak mi powiedziano, jeśli mężczyzna nie był w ten sposób ozdobiony nie był traktowany poważnie. Jeśli chcecie zobaczyc tych ludzi, to ostatni dzwonek..

przygotowywanie opium

wodz pali


tradycyjne domy

Pozniej chodziłem po wiosce miedzy domami i nie powiem żebym był traktowany przyjaznie, ludzie zachowywali się jakos dziwnie, jakby byli przestraszeni. dzieciaki za mną biegały, niektóre rzucały kamieniami...
Wieczorem w chacie zastępcy wodza ryz z jakimis liscmi, potem whiskey z mężczyznami..
Nagaland to dziwne miejsce,  jakze inni sa tu ludzie od uśmiechniętych od ucha do ucha na mój widok ludzi Khasi czy Assamczykow. Nieufni. Zamknieci jakby w innym swiecie..

piątek, 20 stycznia 2012

magiczna Meghalaya

Meghalaya, to zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów mojej podroży.
bylem tam w styczniu.
Żyją tu super-przyjaźni ludzie Khasi, uśmiechnięci, gościnni i pomocni, jedni z najwspanialszych jakich spotkałem.

pranie w rzece, kolo cherrapunjee

ostrosc uciekla.
mila pani ktora poznalem na targu, opowiadala mi o historii okolicy

jazda z brzytwa

Żałuje ze nie zostałem tam dłużej, ale styczeń był tam chłodny, a ja raczej nie przygotowany na zimno ; )
miałem w planach tam wrócić jeszcze podczas tej podroży, z rożnych przyczyn się to nie udało, na pewno następnym razem i to na dłużej...

"zywe mosty" uformowane z korzeni drzew przez miejscowa ludnosc, niesamowity widok, jak z wladcy pierscieni!











piątek, 6 stycznia 2012

znow w Indiach


W kierunku Indii
Wstalem wczesnie rano złapałem taxe na dworzec, a tam prawie mnie rozdarli miedzy dwoma autobusami do Bhairawy. Wsiadłem do tańszego o 5rupii : )  podroz miala trwac 8godzin (wdg pomocnika kierowcy) trwala 9,5godziny pewnie dlatego ze zaraz po skompletowaniu autobusu i wypelnieniu dachu wszelkimi workami z warzywami, które u nas jada ciężarówkami pojechaliśmy zmienic kolo.. Podroz upłynęła mi na śnie. Na siedzeniu kolo mnie może 17letnia dziewczyna spala z glowa na moim ramieniu.  Potem ww dziewczyna pokierowala mnie jak mam jechac na granice i zegnaj wyluzowany Nepalu!! Witajnie nieokiełznane i zawsze zaskakujace Indie!! Formalności i od razu jakis koles mnie przejal. Powiedziałem mu ze chce do ubikacji zaprowadzil mnie do jakiejs ciemnej ulicy i przybytku w którym poczułem Indie nozdrzami : ) Koles chciał oczywiście mnie naciac na kase żebym jechal taxi do Gorakhpuru (skad miałem pociag dalej)  ściemniał ze autobus jedzie 4godziny i nie zdaze naa pociag, jechal 2godz i 20minut.

welcome to India :)



Gorakhpur, czyli za co kocham Indie ; )
Wysiadlem z autobusu kolo stacji kolejowej przed 21, miałem jeszcze ponad 2h do nocnego pociągu do Varanasi. Miasto tętniło zyciem. Wszelkie pojazdy przesuwaly się w kazda strone. Muzyka piszczala wysokimi tonami z nieznanego kierunku. Ludzie bladzili jakby bez celu. Rikszarze na swoich zdezelowanych rowerach w obszarpanych strzepach ubran pluli betelem. Ostre zapachy dochodzily do moich nozdrzy ze wszystkich stron. Z jednej smażone wprost na ulicy potrawy. Z drugiej ostry zapach amoniaku z rynsztoku do którego wypróżniali się mężczyźni.
Podczas moich wcześniejszych podrozy do Indii spędziłem w tym kraju ponad 5miesiecy, myślałem ze nie dam się zaskoczyc. A jednak, po spokojnym Nepalu Gorakhpur to istne jego przeciwieństwo!! Indie w pigułce! Wszedłem na stracje a tam dosłownie wszedzie spali ludzie, trzeba było uważać żeby nie zdeptac kogos..  Załadowałem się do sleepera, na gorne kojo, nastawiłem budzik i spac. Pociag był spóźniony tylko ok. 3godziny..

Varanasi
Uczepil się mnie facio maly ze mi pomoze znaleźć hotel, ok.. ale wiecej było łażenia niż czegokolwiek innego wiec go spławiłem, tak mi się przynajmniej wydawalo. Odnalazłem guest house w którym nocowalem kiedys, a który bardzo dobrze wspominałem, Swastik ; ) i jak dobilem targu z właścicielem pokazal się facecik co mnie prowadzil wczesniej ( liczyl na prowizje ze niby on mnie tam przyprowadzil, tak to dziala w Indiach) pogoniłem go, az przestal utykac ; ) hotelik miesci się zaraz u wejścia do labiryntu uliczek i niee musialem bladzic, a mam slaba orientacje i tendencje do gubienia się..
Wieczorem byłem umowiony z Mariuszem którego poznałem na forum travelbit.pl. Wiadomo jak się dwoch polakow spotka na drugim koncu swiata to trza to uczcic. Wspomniałem ze widziallem kiedys program o Aghori Baba czyli kolesiach którzy jedza niedopalone zwloki gdzies kolo Varanasi. Wpadliśmy na pomysl ze ich poszukamy. Dopiliśmy rum i w droge ; ) łaziliśmy wśród stosow z palącymi się cialami, których w nocy jest o wiele wiecej. Zapach grilla. Zupełnie inny klimat niż w dzien. Próbowaliśmy zasięgnąć info od kolesi obsługujących stosy, dostawaliśmy jakies sprzeczne info. Poszliśmy wzdłuż Ghatowi, ale po czasie uznaliśmy to za bezcelowe i zawróciliśmy. Miejsca w dzien wypelnione ludzmi teraz swiecily zupelna pustka, niezły kontrast. Poszlismy spac, ktos nam wczesniej powiedział żebyśmy o 6 przyszli. Po 5 już szwedalismy się po okolicy ghatu kremacyjnego. Nieestety7 poszukiwania spełzły na niczym. Potem jak już sam szedłem rozmawiałem z jakims mezczyzna który mowil ze Aghori Baba ciezko teraz spotkac, ze jest to prawie niemożliwe, bo niewielu ich zostalo, jeśli wogule jacys.. Ciekawie było zobaczyc Manikarnika Ghat w nocy.. Z Mariuszem spędziłem kilka dni, po czym on pojechal w swoja strone (pozdrówka Kolego : ))

kilka fotek z nad Gangesu:
Good Baba

facet lepi placki nad rzeka, czyli niepotrzebna stolnica..

masażyści odpoczywaja

A ja musialem zrobic to czego nie lubie, zakupy, tyle czasu to pochlania, te targi.. Miałem kupic jakies szmaty, nie udalo się, wydawaly mi się za drogie. Kupilem rzezby z marmuru, których nie miałem w planie.. Jak zwykle… potem chciałem wyczaic gdzie jest poczta i jak wysłać paczke itp.. Wypytywałem ludzi, znalazłem poczte, ale się okazalo ze paczke mogę wysłać tylko z głównego oddzialu. Jakis chlopek dziwny powiedział ze mnie zaprowadzi, węszyłem w tym podstep, ze podliczy mnie potem niezle, jak tu maja w zwyczaju. Szliśmy, potem wzięliśmy riksze. Na poczcie wszystkiego się dowiedział, potem wsadzil mnie w riksze, wytargowal cene i popatrzyl na mnie caly czerwony. Pomyślałem “oho, teraz się zacznie” a ten zmieszany zapytal czy mogę mu dac 10rupii (68groszy) na riksze bo stad ma do domu daleko. Jak mu dawalem te 10rupii dziękując za pomoc, ten jeszcze przepraszal ze nie powinien nic ode mnie brac. I to było w Varanasi!! Nastepnego dnia spakowałem pudlo i na poczcie byłem 16.10, kolo w okienku powiedział mi ze do 16 czynne, ale inny powiedział żebym poszedł szybko zszyc naprzeciw. Tak zszyc. Naprzeciw poczty urzęduje w pokoiku facio co paczke zawija w plotno które zaszywa, a na szwach stawia pieczecie, tak jak u nas dawniej się stawialo na listach, żeby nikt postronny nie czytal. Wróciłem na poczte, z ktorej zamknieciem czekali na mnie, dzieki mojemu nowemu koledze, który był tam kims waznym chyba. Mily koles, wszystko załatwił za mnie, dostalem kwit, zapłaciłem, podziękowałem i pożegnałem się...

poniedziałek, 2 stycznia 2012

jeszcze Nepal


Pokhara
Po trekingu spędziłem 10 dni w Pokharze. Trafilem dobra miejscowke, hotel się nazywal Tranqility. Dom otoczony zadbanym ogrodem. zawsze usmiechnieta pani zarządzała.
Pewnego dnia poszedłem sobie połazić nad jeziorko od strony polnocnej, usiadłem i gapilem się w wode dookoła prawie zadnych ludzi.. Chwile pozniej zjawila się kolo mnie jakas para, po książce zauważyłem ze Polacy. Zacząłem rozmowe, Wojtek i Iwona chcieli isc popływać na lodce, ale powiedziialem im o bhang lassi, na które się razem udaliśmy. Bhang lassi to jogurt, szejk z dodatkiem rosnącej na pobliskich wzgorzach marihuany. Wieczor był ciekawy ; )
Kilka dni po mnie zjawili się Krysia i Lukasz, których zostawiłem w Manangu, wraz z Philem i Ilham, małżeństwem irlandzko- marokańskim, którzy od razu zdobyli moja sympatie. Swietni ludzie. Dni nam upływały na lenistwie. Jako ze Lukasz i Ilham mieli urodziny w odstępie 2dni trzeba było to uczcic. Krysia i Phil odwalili kawal dobrej roboty, przygotowując wszystko. Było ciasto z dedykacja, rum z kola.. A ja przyniosłem bhang lassi full Power, które było na deser ;; ) po czym poszliśmy do restauracji w ktorej się dzialooo : ) dni leciały,  nie moglem wyjechac z Pokhary, w koncu się zebralem i ruszyłem sam…

Kathmandu
W Katmandu poszedłem do ambasady Indii, miałem na uszach słuchawki, Bad Relligion wesolo mi przygrywalo. Minalem uzbrojonych gliniarzy w kaskach i z tarczami, ale nikt mnie nie zatrzymywal, totez nie zwróciłem na nic uwagi. Nagle zobaczylem za soba tlum biegnący z cegłówkami, przylgnąłem do muru. Obrzucili samochod. Okazalo się potem ze zabito jakiegos polityka i jego zwolennicy protestowali, tzw strajk, co tutaj jest czeste, wtedy wszystko musi być zamkniete, samochody nie mogą jeździć. Nniewazne ze masz w dupie polityke itp., każdy musi brac udzial w strajku bo inaczej otwarty sklep zostanie zdemolowany, auto rozwalone itp. Po Thamelu biegaly grupki strajkujących, nieliczne otwarte sklepy w poplochu zamykaly na szybko rolety, zabawne to było..


Któregoś dnia blakalem się po Durbar sqare, jakis przewodnik mi powiedział ze jak chce zobaczyc Kumari to zaraz wyjdzie. Kumari to zywa bogini. Dziewczynka która nie miala jeszcze okresu i u ktorej nie stwierdzono zadnego innego krwawienia. Zyje w palacu jako bogini do pierwszego krwawienia, potem jest zamieniana na inna. Wszedłem na dziedziniec nieduzy. Pelen golebi i z garstka ludzi wpatrzonych w puste okno. Jakis facet mowil ze teraz można robic zdiecia. Po kilku minutach krzyczal spanikowany żeby schowac aparaty bo zaraz wyjdzie. Obsral mnie golab. W oknie ukazala się przebrana może 9 letnia dziewczynka pokiwala się z 20sekund i się schowala… no coz, widziałem bogini..

pare zdjęć z Durbar Sqare, Kathmandu





Przenioislem się na tzw Freak street, kolo Durbar sqare, ulice na ktorej w latach 60 czy 70 przedawkowalo paru hipisow, sama nazwa mowi wiele, dzis pozostala chyba tylko reputacja. Bardziej kameralnie niż na Thamelu, po kilku dniach znasz ludzi którzy tu mieszkaja, czas plynie duzo szybciej, praktycznie nie spędzałem czasu w pokoju. Duzo taniej tu jest. Poznałem Pawla, Ole i pare innych osob. Na wigilie zrobiliśmy pierogi ruskie, a Krysia ugotowala barszcz ukrainski, pyszne jedzenie, stwierdziłem ze najlepsze jakie jadlem w Nepalu ; ) wigilia w miedzynarodowym towarzystwie u Pawla. Jednak najwięcej było polakow..
W boze narodzenie odwiedziłem Pashupatinath, swiatynie hinduskie i miejsce kremacji. Zgłodniałem i kupilem sobie chipsy które ze smakiem zajadałem….do czasu  az jednooka malpa mi ich nie wyrwala z rak, byłem w szoku, kurde!
Pashupatinath. przygotowywanie do kremacji

Pashupatinath. kremacja zwlok.

Byłem tez w Patanie i Bhaktapurze, szczególnie ten ostatni zrobil na mnie wrazenie. Wjazd jest drogi, ok. 12euro….ale polak potrafi ; ) dostalem bilet od Tomka i Ani (dzieki wielkie!!) ktorych poznalem pod ambasada Indii, wazny jeszcze jeden dzien, pojechałem z Olą najpierw wszedłem ja potem ona, kupa kasy zaoszczedzona, ale jednak fajnie by było tutaj przyjechac na dłużej, nastepnym razem..

Swayambunath, pare fotek:



Sylwester upłynął na koncercie Naya Faya, punk, ska, reggae, zajebiscie,  czulem się jak w Liberte w czeskim Cieszynie, albo jak na pierwszych punkowych koncertach na których byłem w latach 90tych w Biłgoraju. O 00.30 już byłem w pokoju po imprezie.

No i tak oto pobilem rekord z Pokhary, bo w Kathmandu spędziłem ponad 2tygodnie.
Pisze to wlasnie przed dzien mojego wyjazdu do Indii… Smutno, szczególnie jak się  zegnalem  z Philem i Ilham. W podróżowaniu chyba to jest najgorsze, poznajesz swietnych ludzi których możesz już nigdy nie zobaczyc, mam nadzieje ze w tym przypadku będzie inaczej. Z pozostałymi się spotkam w Indiach. Był to naprawde fajny czas i super ludzie…
czas na Indie…